Top5, spinoff bloga Scribere necesse est - ferengis.blox.pl
Blog > Komentarze do wpisu
Szlagiery dzieciństwa

Dwie miło się kojarzące piosenki zasłyszane dość przypadkiem: jedna w domu przyjaciółki, druga w samochodzie, oraz trzecia, znacznie mniej przyjemna, którą przypomniał mi tekst w gazecie, wywołały we mnie dziwaczny rodzaj nostalgii za wczesnym dzieciństwem i magnetofonami na taśmę, na których z moją podstawówkową kumpelą pracowicie przegrywałyśmy piosenki, a nawet montowałyśmy własne "teatry słowa".

Stąd pomysł na listę: piosenki sprzed lat, zapamiętane z dzieciństwa, słuchane przez naszych rodziców. Sprzed lat '80, sprzed ery tzw. polskiego rocka. Chodzi mi o ten złoty wiek naprawdę dobrego polskiego popu - choć w sumie waham się, czy to tak nazwać, bo przecież w tym i mnóstwo jazzu, i progrocka było. No i jeszcze jedno: lista nie tyle najważniejszych czy najlepszych piosenek tamtych czasów, ale właśnie tych, które kojarzą się z przytulnym pomimo peerelowskiej szarości dzieciństwem. Wyłącznie polskich, bo inaczej utoniemy w Okudżawie i Wysockim ;) I nie np. kabaretowych, bo ja wtedy na pewno utonę w Starszych Panach. Może być totalny kicz i ogólnie wstydliwe addictions. Ninedin, podejmujesz rękawicę?

Uwaga techniczna - chciałam ułożyć ranking, ale nie wyszło. Więc jest alfabetycznie po tytułach.

Bal na Gnojnej - jak dla mnie w wykonaniu Bohdana Łazuki, ale że niedostępny na youtubie, więc podaję w wersji nieco bardziej tradycyjnej, Stanisława Grzesiuka. Łazuka jeszcze się pojawi. A piosenka - no cóż, posiadała niewiarygodny klimat, Tato, którego rodzina wyemigrowała do Warszawy po wojnie, lubił mi śpiewać te warszawskie uliczne przyśpiewki, a poza tym posiada ona jeden afrodyzjak, któremu nie potrafiłam się w dzieciństwie oprzeć: słowa, których nie rozumiałam (np. dintojra).

Kwiat jednej nocy - Alibabki - kicz nie z tej ziemi, babskich zespołów nie lubiłam, ale tu znów zadecydowała fascynacja tematem, nie dziwna u osoby wychowanej na fantastyce od najwcześniejszych lat

Mały Książę - Kasia Sobczyk - ilustracja do jednej z ulubionych książek, a poza tym zrobiło na mnie wrażenie to połączenie melorecytacji ze śpiewem

Nie spoczniemy - Czerwone Gitary - piosenka, której słów za nic w świecie nie rozumiałyśmy: o co, u diabła, chodzi z tymi kartami? I która u mnie - zaczytanej w fantasy i książkach przygodowych - budziła jakieś dziwaczne marzenia i pragnienia, żeby iść gdzieś w tę siną dal, na koniec świata.

Powrócisz tu - Irena Santor - to powód zastrzeżenia, że może być kicz ;) - a po prawdzie wspomnienie tej piosenki jest dla mnie dlatego istotne, że była to pierwsza rzecz, jaką zobaczyłam w kolorowym telewizorze. Dopiero teraz dowiedziałam się, szukając po youtubie, że jest to bardzo stara piosenka, debiutowała w 1966 roku w Opolu, a ja ją zapamiętałam oczywiście z wykonania duuużo dużo później, widocznie na jakiejś rocznicówie. Ponieważ jednak nie mogłam znaleźć tamtego "mojego" nagrania, prezentuję tu klip z 1968 r. (co dodaje słowom dodatkowego znaczenia...), który zresztą zachwycił mnie prostą pomysłowością, ascetyzmem i niespodziewaną fryzurą piosenkarki.

Remedium - Maryla Rodowicz - again: powiew tajemniczej przygody i wolności, o której można było jedynie marzyć w kraju kolejek po paszport.

Samba przed rozstaniem - Hanna Banaszak - kochałam jej głos, a poza tym ta piosenka chyba jako pierwsza otworzyła przede mną tajemniczy świat erotyzmu (bo jeszcze nie erotyki).

Ważne są tylko te dni - Marek Grechuta - w ogóle go lubiłam. Wybrałam tę piosenkę, bo jednak zrobiła na mnie największe wrażenie, znów jakąś obietnicą, pokusą nieznanego, tajemnicy, tego, co czeka za rogiem...

W siną dal - Iga Cembrzyńska i Bohdan Łazuka - piosenka 'samochodowa': w dzieciństwie cierpiałam na chorobę lokomocyjną, a wspólne śpiewanie z rodzicami pomagało. To był jeden z naszych głównych przebojów.

W żółtych płomieniach liści - Łucja Prus i Skaldowie - Kolejny tekst, którego za nic nie rozumiałam, ale pamiętam mój zachwyt nad tym, że można tak "dialogować" w piosence. A Łucja Prus - no cóż, piosenkarka o chyba największym zmarnowanym talencie, bogowie, co to za głos... Klip, który podlinkowałam, zobaczyłam dziś po raz pierwszy i znów zachwycił mnie pomysłowością, z telewizji kojarzę jakieś znów dużo późniejsze wykonanie, w którym panowie byli już w lekko mówiąc średnim wieku. A tu nieco inna aranżacja, muzycznie chyba ciekawsza.

I jeszcze jedna rzecz - "Bardzo smutna piosenka retro" Pod Budą - nie ma na YouTubie - to wyśpiewywałyśmy z podstawówkową przyjaciółką na wakacjach, a raz nawet wierzyłyśmy, że nabierzemy mieszkające w sąsiednim pokoju dzieciaki z kolonii, że to w radiu idzie...

A tak naprawdę piosenkami mojego dzieciństwa były dwie płyty Ewy Demarczyk - ja się w tej kobiecie autentycznie kochałam. A jej koncert na żywo już w czasach licealnych to było jedno z największych przeżyć. Oto te najważniejsze z wczesnego okresu fascynacji:

Sur le pont d'Avignon

Grande Valse Brillante

Wiersze wojenne

A teraz uwaga ogólna, która mi się podczas układania tej listy nasunęła, i wbrew pozorom nie wynika ona z nostalgii, ale realnej oceny sytuacji. Otóż, drodzy państwo, w tych latach '60 i '70 to myśmy mieli muzykę rozrywkową z prawdziwego zdarzenia. Naprawdę wybitną. Nie tylko głosy, bo te i teraz by się znalazły (choć nie bardzo widzę wokalistów zdolnych dorównać Krajewskiemu czy Grechucie...), ale również kompozytorów, aranżerów i autorów tekstów.

Polihymnia, Centrale Montemartini, Rzym

PS. Tą trzecią, czyli piosenką, której nie znoszę, ale która jak się uczepi, to jak rzep psiego ogona, było "Jeszcze się tam żagiel bieli" Alicji Majewskiej - kwintesencja bezsensownego patosu.

wtorek, 24 listopada 2009, drakaina
Komentarze
2009/11/24 01:53:42
No, toś mi wyzwanie postawiła... Na pewno je podejmę, ale też na pewno nie dziś, o 01.51 w nocy... :P
-
2010/09/10 19:14:19
Zostałaś wyzwana przeze mnie łańcuszkowo:) Szczegóły na moim blogu z listami :))